True Detective – w końcu się zmusiłem.

I to nie bez bólu. Najpierw przecież trzeba było nadrobić zaległości w Oskarowych produkcjach, w kinowych premierach, w kontynuacjach seriali, takich jak Walking Dead, czy fenomenalnego House of Cards(którego przez długi czas chyba nic nie przebije).

Ale mówili: „zobacz Detektywa„, bo dupsko urywa, bo jest lepszy od wszystkiego co widziałeś do tej pory, bo jest równie dobry jak Siedem, czy Miasteczko Twin Peaks. Cóż począć, wymówek zabrakło, a wolnego czasu nieco się nazbierało i po kilku dniach zacząłem wciągać się w mroczną Luizjanę przedstawioną w filmie. W filmie, bo serial produkcji HBO spokojnie zasługuje na to miano – jest co prawda podzielony na 8 części, ale to tylko dlatego, że w nie byłoby szans, aby wszystkie smaczki fabuły zmieścić w jednej, nawet trzygodzinnej produkcji.

Ale zacznijmy od początku.

Historia opowiada o dwóch detektywach, którzy w roku 1995 prowadzili śledztwo w sprawie rytualnego morderstwa i po latach musieli ponownie wrócić do pozornie zakończonej sprawy.

Tyle tytułem wstępu – historia dość typowa jak na kryminał. Mamy dwóch głównych, znacząco różniących się bohaterów: ekscentrycznego i zamkniętego w sobie Rusta Cohle (w tej roli zdobywca tegorocznego Oscara Matthew McConaughey), oraz prostego, ale dzielnego Martina Harta (w tej roli mistrz drugiego planu – Woody Harrelson). Obaj różnią się od siebie i teoretycznie tworzą najgorszy i najbardziej niedopasowany policyjny duet świata, jednak czuć pomiędzy nimi taką dziwną, męską, szorstką chemię, dzięki której widz chce wracać do kolejnych odcinków coby poznać ich dalsze losy.

Z odcinka na odcinek mroczna historia zdaje się leniwie dążyć do finałowego zwrotu akcji, który nie pozwoliłby zasnąć widzowi przez kilka najbliższych dni. Pomimo, że odcinki wydają się pozornie przydługawe, to pełne są symboli i nowych poszlak, które sprawiają, że odbiorca wciąga się coraz bardziej i stara sobie wszystko poukładać w głowie, tak aby samemu znaleźć mordercę.

Wydawać by się mogło, że otrzymujemy kryminał doskonały – fenomenalna gra aktorów, mętny i ciężki klimat, mocne i brutalne wydarzenia i historia, która wciąga i sprawia, że każdy zaczyna bawić się w małego detektywa, szukając mordercy razem z bohaterami produkcji.

Fascynacja rośnie aż do ostatniego odcinka, w którym wydawać by się mogło, nadejdzie kulminacja wszystkich zdarzeń i połączy wszystko w jedną zgrabną i genialną całość.

screen z filmu/źr: filweb.pl

screen z filmu/źr: filweb.pl

Niestety nadchodzi ostatni odcinek i równo z pojawieniem się napisów końcowych, pojawia się wielkie rozczarowanie.

Serial ma dokładnie ten sam problem co recenzowany jakiś czas temu American Hustle – brak mu tego „pierdolnięcia”, które zmasakruje widza i sprawi, że opowiedziana historia pozostanie jeszcze długo na językach. [prawdopodobny spoiler] Ot – akcja jakich wiele – dzielni policjanci znajdują mordercę, aby stoczyć z nim ostateczną walkę na śmierć i życie, jednak zawsze dobro zwycięża, więc wiadomo kto w filmie zginie… [/prawdopodobny spoiler]. Nagle okazuje się, że przydługie i lekko nużące dialogami odcinki, są faktycznie nieco nudne, a nie tylko celowo wydłużone, coby dać jak najmocniejszego kopa na koniec. Okazuje się, że szukanie drugiego dna w każdym odcinku w poszukiwaniu mordercy, który najprawdopodobniej jest tuż przed nosem jest bezcelowe, bo tego dna nie ma. Okazuje się, że jedynym i największym plusem serialu jest gra aktorska głównych bohaterów i bez nich Detektyw byłby po prostu słaby.

Koniec końców, okazuje się finał okazuje się brzydki i przewidywalny do bólu, przez co ocena całości spada z 10/10 do 7/10.

Serial nie jest zły, ale po tak rosnącym napięciu, oczekiwać można by było dużo lepszego zakończenia, a nie tylko kopii klimatu znanego z Miasteczka Twin Peaks.

screen z filmu / źr: filmweb.pl

screen z filmu / źr: filmweb.pl

P.S.

Ale przyznać muszę, że wejściówka, to majstersztyk…


Dotarłeś na sam koniec? Cóż, niżej już nic nie ma ;)