Szlakiem Bonda – Zachwycające Como

Od kilku lat mieliśmy „crusha” na jezioro Como, które nie wiedzieć czemu wydawało się być bardzo odległym marzeniem.
Pomijając już niezapomniane ujęcia z „Casino Royale”, zawsze chcieliśmy postawić stopę w tym obłędnym miejscu.
Przyznam szczerze, że teraz zastanawiam się czemu Como zawsze było tak odległym planem.
Przecież dojazd z Polski samochodem zajmuje ok. 12 godzin, a połączenia lotnicze z Bergamo są rewelacyjnie i dostępne na każdą kieszeń (już od 70 zł w dwie strony).
Chyba musieliśmy dojrzeć do tej wyprawy.
Aby zwiedzić Como i okolice spokojnie wystarczą 2-3 dni.

My swoją wycieczkę rozpoczęliśmy od zwiedzania Mediolanu (wkrótce na blogasku), a stamtąd już tylko niecałe 1,5h drogi do wspaniałych, niewielkich miejscowości położonych nad brzegiem jednego z najpiękniejszych alpejskich jezior – Como (poza nim w okolicy jest kilka mniejszych, jednak równie urokliwych Jezior, ale o tym za chwilę).
Dwiema miejscowościami, które zawsze przewijają się we wszystkich przewodnikach są Lecco oraz Varenna. Można do nich bez problemu dojechać pociągiem, lecz my zdecydowaliśmy się objechać całe Como samochodem (co w porze Świąt Wielkanocnych było dość szalonym pomysłem, o czym wtedy niestety wtedy nie wiedzieliśmy…).

Naszym pierwszym punktem było urokliwe Lecco (przymiotnik urokliwy, wspaniały, niezapomniany możemy tutaj dodać przed każdą z później wspomnianych miejscowości:).


Popularnym sposobem spędzania wolnego czasu w północnych Włoszech jest Aperitivo – czyli zamówienie drinka alkoholowego i korzystanie z nieodpłatnego bufetu w cenie zamówionego drinka. Oprócz orzeszków, oliwek, możemy dostać sery, szynkę, pizzę a nawet makarony.
Kolejną uznawaną za najbardziej malowniczą miejscowość na trasie jest Varenna. W internecie znajdziemy mnóstwo niesamowitych ujęć Varenny, dlatego spodziewaliśmy się punktów widokowych w pobliżu tej mieściny. Niestety. Nie było żadnych szans na postój. Ulice już od tablicy wjazdowej do miasta były zapchane tak, że ruch musiał odbywać się wahadłowo, gdyż pomiędzy zaparkowanymi autami mieścił się tylko jeden rząd przejeżdżających samochodów

Naszą uwagę przykuło również Bellano, które znajduje się kilka kilometrów za Varenną. Równie malownicze, jednak przez to że jest raczej niewymieniane jako główna atrakcja turystyczna w rejonie, jest dużo spokojniejsze i co ważniejsze łatwiej znaleźć tam miejsca parkingowe.

Z Bellano udaliśmy się w dalszą trasę dookoła Como, nie mając konkretnego celu. Im bliżej „końca” jeziora tym spokojniej: łąki, szczyty gór, brak turystów, dzikie plaże i niewielkie, prywatne żaglówki.

Gdy znaleźliśmy się po zachodniej stronie Como poczuliśmy ssanie w żołądku, a jedynym rozsądnym punktem wydawała się wysoko oceniana na tripadvisor pizzeria Lugano. Gdy w końcu ją znaleźliśmy, zrobiliśmy dokładnie 7 okrążeń wokół pobliskich skrzyżowań szukając (uwaga) – miejsca parkingowego (a to niespodzianka…). Na szczęście znak „open” na drzwiach knajpki (w końcu Wielkanoc, stąd niepewność) dodawał nam otuchy i sił na dalsze poszukiwania jakiejś szczeliny w której udałoby się zmieścić naszym pierdzikółkiem.
Niedoczekanie.

Po półgodzinnych męczarniach okazało się, że restauracja jednak nie jest „open” –  „miscuzi – is klołzd” usłyszeliśmy przekraczając próg (sic!) pizzerii. Okazało się, że miejsce zostało w całości wynajęte pewnej włoskiej rodzinie, która święta postanowiła spędzić w najlepszej knajpie nad jeziorem.  Płacz i zgrzytanie zębów. Przecież umieramy z głodu. Weszliśmy zatem do jakiejś z pozoru „fancy” knajpy (bez nazwy?), która pomimo dobrej lokalizacji i niemal pełnego obłożenia stolików okazała się raczej przeciętna.

Gdyby ktoś miał tam się pojawić – Nie polecamy:

Ciekawostka: Idąc do knajpy (nawet na lotnisku) i zamawiając np. piwo/wino/wodę + pizzę/lasagne/kanapkę zobaczymy na rachunku dodatkową pozycję tzw: „coperto” (nakrycie stołu). Jest to często napiwek rzędu 15-25% doliczany do rachunku.

Kolejnym punktem na mapie była kolejka linowa gdzieś między Colonno a Pigrą. Przez to, że oznaczenia miejscowości, czy punktów widokowych są słabe, (a raczej ich brak) nie znaleźliśmy „dolnego” wejścia na kolejkę dlatego wjechaliśmy krętymi uliczkami (często szerokimi na max jedno auto) do wysoko położonej Pigry (tak… bywało, że kropelka potu ściekała nerwowo po czole).
Warto bardzo. Dla widoków.

Słynne Bellagio (nie, nie to w Vegas/bez fontanny ;-)) zostawiliśmy sobie na koniec. Zwane przez Włochów „Perłą północy” jest niewielkim, turystycznym miasteczkiem, położonym w centralnym punkcie jeziora. Warto jednak poświęcić dwie godziny aby udać się na spacer starym miastem, aby wąskimi uliczkami pomiędzy malowniczymi kamienicami i kawiarenkami, dojść do Bazyliki S. Giacomo.


Ciekawostka: Ceny parkingów w powyższych miejscowościach oscylują wokół 1 Euro za pół godzin postoju, 2 Euro za godzinę i tak dalej… przy czym znalezienie wolnego miejsca postojowego graniczy z cudem. Nasz rekord w szukaniu wolnego miejsca w niewielkim Bellaggio to 1h 40 min…
Przez samą miejscowość Como, tylko przejechaliśmy – to dość duże miasto, które jakoś niespecjalnie zachęca do zwiedzania, a że było dość późno i byliśmy zmęczeni –  nie żałujemy.

Po całym dniu dojechaliśmy do maleńkiego Oggiono przy „naszym” Lago di Annone. „Naszym” bo to była miłość od pierwszego wejrzenia. Zatrzymaliśmy się tam w domu gościnnym u przemiłej włoskiej rodziny. Po drodze na straganie kupiliśmy na kolację: bagietę, salami, oliwki, pomidory, piwko…no dobra, wino też (a co!). Niby najzwyklejsze produkty, ale trzeba tutaj wspomnieć, że Włosi wiedzą jak powinno smakować jedzenie – z ciężkim sercem muszę to przyznać – nawet pomidor smakował tam jak milion dolarów i niestety, nawet tradycyjna, polska malinówka się nie umywa…

Wzięliśmy szamę pod pachę i poszliśmy nad pobliskie jezioro (Lago di Annone) szukać „zielonej trawki”.
Trawka była, ale na nas czekała jedna, jedyna ławeczka, a dookoła cisza, natura i … perkoz (pieszczotliwie nazwany „Jurkiem”) .
W takiej scenerii wsuwaliśmy nasz chyba najlepszy posiłek życia. Nawet wino za 3 euro smakowało jak eliksir bogów.
Gdy słońce zaszło za cieniem sąsiadujących alp, okazało się, że jest to miejscówka nie nasza, a nietoperzy, które ratowały nas od olbrzymich komarów, przelatując centymetr nad głowami. Jedne wielkie wow. Wdzieliśmy już trochę, ale takiego miejsca, takich kilku wspaniałych godzin spędzonych w ciszy, ze wzrokiem utkwionym gdzieś tam po prostu potrzebowaliśmy.

Como i okolice warto odwiedzić, zwłaszcza poza sezonem. W kwietniu (gdy my byliśmy) w Polsce temperatury sięgały w dzień 6 stopni, w nocy -1. Alpejskie Como wydawać się mogło chłodne jednak oferowało w dzień 27 stopni, zaś w nocy 13.

Oprócz jeziora Como, w pobliżu znajduje się, największe na północy, jezioro Garda, czyli nasz kolejny cel. Także stay tunned.
Pe.


Dotarłeś na sam koniec? Cóż, niżej już nic nie ma ;)