Oscary 2014 – podsumowanie.

Noc Oscarowa za nami. Po raz kolejny okazało się, że członkowie Akademii lubują się w słabych merytorycznie, ale efekciarskich produkcjach. Grawitacja, tak samo jak kiedyś Avatar i Artysta została zwycięzcą wczorajszej Gali, a wszystko przez „tworzenie nowego rozdziału kinematografii”.

I jak uważam, że film Alfonso Cuaróna jest niesamowity technicznie, z oprawą audio-wizualną godną podziwu, to nie jestem w stanie zrozumieć tego, czym członkowie kierowali się wręczając statuetkę za najlepszą reżyserię. Ja wiem, że to ciężko robić film, który praktycznie cały robiony jest na komputerze, ale serio? Każdy z nominowanych reżyserów odwalił robotę bijącą na głowę Cuaróna…

Tak poza tym, to raczej nie było zaskoczeń. Moje wczorajsze przedgalowe typy spełniły się w ok 50% co jest dość dobrym wynikiem, ale cefałki raczej wysyłać jeszcze do LA nie będę. A zapomniałbym… Najlepszym momentem było ogłoszenie zwycięzcy za najlepszą rolę męską. Mina Leo bezcenna, ale szczerze to szkoda mi go, bo to już któryś raz musi obejść się smakiem.

poor Leo

poor Leo

Ogólnie rzecz biorąc Oscary 2014 przebiegły raczej spokojnie. Po raz kolejny Galę poprowadziła Ellen Degeneres, która ożywiła trochę dość pompatyczną widownię co chwilę wymyślając nowe gagi (choćby zamówienie pizzy dla publiczności, czy sweet focia widoczna w logo tego tekstu). Było nieźle, ale bez fajerwerków, czyli to czego raczej wszyscy się spodziewali.

No może poza wykonaniem najlepszej oscarowej piosenki, która była chyba największym „Fajerwerkiem”.


  • Nie no ta piosenka to jest jakieś grube nieporozumienie. Już abstrahując od wykonania, które zjadło niestety artystkę, to ten kawałek na tle pozostałych jest mega słaby. Mega.

    • Stasiun

      Tia. I te „owacje” na stojąco:D

Dotarłeś na sam koniec - dalej już nic nie ma:)