Jak nie dać się wydymać.

Miałem dzisiaj pisać o jakiś luźnych pierdach związanych z modą, ale wydarzenia sprzed kilku godzin skutecznie mnie do tego zniechęciły.

Ja z reguły jestem człowiekiem bardzo spokojnym i naprawdę ciężko jest mnie wyprowadzić z równowagi, jednakże raz na jakiś czas pojawia się ktoś kto stara się przetestować moją cierpliwość.

W związku z tym opowiem pewną historię, która ciągnie się za mną od mniej więcej pół roku, ale po kolei.

Jak część pewnie wie, od lipca zmieniłem miejsce zamieszkania na „własne M4”. Ja to bywa w takich wypadkach, pierwszą sprawą, którą musiałem załatwić, był dostęp do internetu – wiadomo, można nie mieć ścian/kibla/łóżka, ale net musi być.

W tym celu przeprowadziłem mały rekonesans, dzięki któremu dowiedziałem się, że jedynym dostawcą usług internetowych w moim nowym miejscu zamieszkania jest firma (nazwijmy ją „V”), która bardzo chętnie podpisuje umowy z nowymi klientami i do tego ma całkiem konkurencyjną ofertę.

takie tam ładne auto wklejam;]

takie tam ładne auto wklejam;]

Jedynym „problemem” było to, że pod tym adresem podpisana była umowa na poprzedniego właściciela i aby firma mogła podpisać nową umowę, stara musiała zostać rozwiązana. Teoretycznie nie było z tym żadnego problemu – poprzedni właściciel w lipcu rozwiązał umowę z firmą „V” tak abym ja mógł podpisać nową umowę na siebie.

Ważnym elementem tej historii jest to, że ów właściciel jest częścią mojej rodziny (wspominam o tym, gdyż będzie miało to znaczenie w dalszej części opowieści).

W związku z całą sytuacją, poprzedni właściciel (nazwijmy go „B”) udał się do biura firmy „V”, po to aby rozwiązać umowę. Wszystko ładnie pięknie, uprzejma Pani podpisała rozwiązanie umowy i tyle. Ja w tym czasie, zająłem się mozolnym wyborem nowego pakietu usług i tutaj historia mogłaby się zakończyć, ale jak to zwykle bywa – dopiero się zaczęła.

Punktem zwrotnym całej akcji była wizyta montera z firmy „V”, który poinformował mnie, że jak chcę, może zabrać stary modem w celu zwrócenia go firmie „V” za jedyne pięćdziesiąt złotych. Lekko zdziwiony wykonałem szybki telefon do „B” coby spytać czy tak miało być. Oczywiście „B” o niczym nie wiedział, ale wynikło to z tego, że biurze „V” nikt go o tym nie poinformował.

No nic dogadałem się, że oddam modem osobiście i będzie po sprawie (miałem na to dwa tygodnie, więc luzik).

Aha, dodać muszę jedną rzecz – z „B” kontaktowałem się telefonicznie, bo wyjechał na dłuższe wakacje, co będzie miało znaczenie w dalszej części.

Niestety, w czasie dwóch tygodni przeznaczonych na zwrot sprzętu, nie miałem ani jednej wolnej chwili tak aby odwiedzić biuro „V” i zwrócić modemu, jednak zbytnio się tym nie przejąłem, bo pomyślałem, że jak oddam sprzęt jeden dzień po terminie, to najwyżej doliczą kilka groszy odsetek I sprawa się zamknie, prawda?

well...

well…

Nieprawda.

Pomimo tego, że z oddaniem sprzętu spóźniłem się jeden dzień, to firma V postanowiła naliczyć 300zł kary za nieterminowy zwrot modemu.

W tamtej chwili zdurniałem, ale co miałem zrobić – chciałem oddać jak najszybciej nie swój sprzęt, nawet jak miałbym zapłacić tą karę, tak aby „B” nie miał żadnych problemów, a później najwyżej napisać jakieś odwołanie w celu umorzenia części kosztów.

I tutaj kolejna niespodzianka – sprzętu nie mogłem zwrócić, bo nie na mnie była poprzednia umowa I choćby nie wiem co, modem MUSIAŁ być zwrócony przez “B”, którego jak wiemy nie był w stanie zrobić tego osobiście…

Jak wygląda sytuacja? Kiepsko – modem dalej jest u mnie, właściciela nie ma w kraju, no I naliczone 300zł kary, do których znając życie zostaną doliczone niebotyczne odsetki.

W tym momencie zaczęła się walka z „V”. Wymiana maili, pism, telefonów – wszystko na nic. Prawowity właściciel miał oddać osobiście sprzęt I uregulować naliczoną karę…

Well – ostatnia deska ratunku – Facebook (sic!). Opisałem całą sytuację na profilu firmy, po czym dostałem prywatną odpowiedź, abym podał dane obu właścicieli I adresu na którym usługa była świadczona. Ok, pomyślałem, jest szansa. Wysłałem wszystkie wymagane dane i czekałem. Jeden dzień. Dwa. Tydzień. Dłużej nie wytrzymałem – kolejna wiadomość I znów zwłoka. Po jakimś czasie odpowiedź, że zajmuje się tym punkt regionalny I tak w koło Macieju przez bity miesiąc.

W końcu po którymś razie postanowiłem opisać I upublicznić historię sprawy na fejsbukowym profilu firmy.

I co? Po kilku godzinach miałem telefon, że 300zł kary zostało anulowane I żebym ja (już właściciel nie był potrzebny) oddał sprzęt w przeciągu dwóch tygodni. Po minucie od rozmowy, potwierdzenie mailowe całej sprawy.

Można? Można.

Tutaj moja opowiastka powinna się zakończyć, ale oczywiście byłoby to zbyt piękne…

Kilka godzin temu “B”, który wrócił do kraju zadzwonił do mnie, aby poinformować mnie o przedsądowym wezwaniu do zapłaty, opiewającym na 300,09zł, wysłanym kilka dni temu przez firmę „V”.

Czad.

Miesiąc użerania się poszedł się jebać. Oblał mnie zimny pot na myśl kolejnych miesięcy straconych na dochodzeniu i wyjaśnianiu sytuacji.

Na szczęście, tym razem wystarczył jeden email I telefon, żeby wszystko sprostować I faktura korygująca na 300zł została wystawiona w przeciągu kilku godzin.

Cóż… pozostaje spłacić zaległe 9 groszy I nigdy więcej nie korzystać z usług firmy “V”.

Tym miłym akcentem kończę dzisiejszą dobranockę I idę szykować się na rozpoczęcie weekendu, czego i Wam życzę.


Dotarłeś na sam koniec - dalej już nic nie ma:)