Czarnogóra 4/4: Herceg Novi, Port Montenegro, Kotor, Park Narodowy Lovcen, Cetynia, Budva

Z Žabljaka do Herceg – Novi dotarliśmy wieczorem o zachodzie słońca.

 

Mieliśmy przyjemność mieszkać (a raczej spać) tam dwa dni, z dala od zgiełku, wśród „blokowiska” miejscowych. Widok z balkonu na Adriatyk był dodatkowym atutem:

Ciekawostka: Nawet czarnogórskie Seby z bloku potrafią zadbać o porządek klatki schodowej. Z pozoru przerażający wieżowiec, w środku przytulny budyneczek.

Samo Herceg-Novi traktowaliśmy z początku jako bazę wypadową do Dubrownika (relacja z tripa będzie niebawem). Jedynie 50 km dzieliło nas od jednej z największych atrakcji Chorwacji, a zaledwie 12 km do granicy.
Wtedy jeszcze nie zdawaliśmy sobie sprawy jak bardzo nie doceniamy tego małego, czarnogórskiego miasteczka.
Herceg-Novi okazało się kojącym wspomnieniem po wizycie w cudownym, acz bardzooo zatłoczonym Dubrowniku.
Starówka, spokój i przepyszna kolacja w Konoba Feral pozwoliły nam zapamiętać to miasto jako jedno z najciekawszych w całej Czarnogórze.

Z Herceg- Novi już tylko kilometry dzieliły nas od Boki Kotorskiej.
Jest to kolejna zapierająca dech w piersiach trasa, wzdłuż zatoki, prowadząca przez malownicze miejscowości takie jak np. Perast.

W samym Kotorze powitał nas niemały korek samochodów i brak (nawet płatnych) miejsc parkingowych.
Nam udało się zaparkować około kilometr od „centrum” na bezpłatnym parkingu przy cmentarzu:

Zatoka Kotorska określana jest często najdalej wysuniętym fiordem na południe.
Otoczona ze wszystkich stron górami, przypomina również najsłynniejsze włoskie jeziora takie jak Garda lub Como.
Oprócz wielu kościołów ma do zaoferowania również urokliwą, średniowieczną starówkę oraz twierdzę Św. Jana położoną na wierzchołku Samotnego Wzgórza do którego prowadzą mury o długości ok. 4,5 km.
Kotor (jak również Stari Bar) dotknęło trzęsienie ziemi w 1979 roku, dlatego też miasto w tym samym roku zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Z Kotoru warto podjechać do Portu/Porto Montenegro (często pomijanego w przewodnikach).
Jest to luksusowy port, gdzie zobaczymy odpicowane jachty z brytyjską banderą. W pobliskich sklepach można nabyć taki jacht za bagatela 2 mln euro… Sam port przeradza się  w niewielkie miasteczko z fancy restauracjami i niemalże „marmurowymi” hotelami (aktualnie ciągle w trakcie budowy lecz już widać ten blichtr) .

Kolejny dzień zbliżał się ku końcowi, a my musieliśmy jeszcze tylko znaleźć nasz hostel w Muo (Myo) na przeciwko Kotoru.
Polecamy szczególnie to miejsce głównie ze względu na położenie. To właśnie tam powinno podziwiać się zachód słońca nad Kotorem oraz ostatnie promienie słońca padające na średniowieczne mury.
Tu nasuwała się nam myśl: Gdzie w Polsce za taką cenę 2 – osobowego (czyli ok. 50-80  zł) zaśniemy zaraz prawie nad falami morza gdzie bryza wpada do pokoju, lub spędzimy wieczór nad zatoką położoną w górskim krajobrazie? Niestety ceny w Czarnogórze już „idą” mocno w górę chcąc brać przykład z sąsiadki – Chorwacji.


Nasz przedostatni dzień w Czarnogórze przeznaczyliśmy na wizytę w Parku Narodowym Lovcen.
Wybraliśmy trasę, którą zasugerował nam HERE. Niestety Google w ogóle jej nie uznaje (nie wiedzieć czemu) więc zaznaczam ręcznie:

Na mapie wszystko wygląda tak płasko… Przed nami było około dwadzieścia pięć 180 – stopniowych zakrętów co potęgowało wrażenia. Widoki na Kotor oraz lotnisko w Tivat  – nieziemskie.
Jest to malownicza droga ‚must have’ dla wszystkich osób spędzających chociaż jeden dzień w pobliżu Zatoki.

Czemu warto pokonać kilkadziesiąt zakrętów?
W utworzonym w 1952 roku Parku Narodowym Lovcen znajduje się Mauzoleum Piotra II Petrovicza-Niegosza (biskupa i władcy Czarnogóry).
Sam Niegosz chciał być pochowany na najwyższej górze w Państwie (Jezerski Vrh) w niewielkiej kaplicy i tak też się stało.

Niestety przy Mauzoleum nie ma zbyt wielu miejsc do parkowania (może 8 aut zmieściło się na niewielkim parkingu), dlatego parkujemy wzdłuż drogi i wspinamy się docierając do „niekończących się” schodów.
Aby wejść do Mauzoleum (wstęp 3 Euro/osoba) należy pokonać niecałe 500 schodów.

Po takim „treningu” czeka nas nagroda: panorama kraju z prawie najwyższego szczytu w Czarnogórze. Możemy stamtąd podziwiać  Park Narodowy Durmitor, Jezioro Szkoderskie i Albanię.

Droga powrotna do Cetynii jest już mniej kręta, łagodna i przyjemna. Prowadzi głównie przez las oraz kilka ośrodków turystycznych.

Udając się do samego centrum Cetynii nie widzieliśmy jaki jest nasz cel. Zaparkowaliśmy dokładnie tam gdzie nawigacja pokazywała środek byłej stolicy Czarnogóry. To był dobry trop.
Jedyne warte uwagi (jeśli tylko ma się czasu pod dostatkiem) miejsca w Cetynii to Pałac Piotra II Petrovica-Niegosza „Bilardówka” i nieduży ryneczek z promenadą.
Niestety przy wielu perełkach Czarnogóry to miejsce ginie pod urokiem innych, dlatego warto je zostawić na koniec lub nawet ominąć.

Ostatnim przystankiem na mapie Czarnogóry była Budva. Czyli turystyczna „sypialnia” i miejsce gdzie rządzą głównie rosyjscy turyści.
Z Cetynii było to zaledwie ok. 30 km… Po przejehcaniu 10 km w 50 min musieliśmy zawrócić, gdyż okazało się, że budowane są nowe drogi (świetnie, że Czarnogóra szybko się rozwija, lecz mogliby postawić znak informujący o nieprzejezdności drogi zamiast puszczać turystów i na 4 „wykopie” po godzinnym korku zawracać).
Mięliśmy do wyboru powrotną trasę przez Kotor (czyli trasa, którą Google stara wymazać się ze swojej pamięci) lub okrężna droga przez Podgoricę. Byliśmy przed chwilą w Kotorze więc wybraliśmy trasę przez Podgoricę. Tak właśnie zamiast jechać 40 min do Budvy, zeszło nam 3,5 godziny jazdy.
Na szczęście załapaliśmy się na ostatnie promyki słońca w Budvie i zwiedziliśmy stare miasto oraz pobliskie plaże.
Utwierdziliśmy się wtedy, że decyzja o jedynie jednym noclegu w tym miejscu była świetną decyzją. Jest to takie czarnogórskie Mielno (ze starym miastem – przyp Be.). Tyle na ten temat.

Wieczór spędziliśmy sympatycznie przy „Jeleniu” wraz z naszymi nowo-poznanymi towarzyszami z Dubrovika. Świat jest taki mały. (Pozdrawiamy!)

Z Budvy warto podjechać do „pocztówki” Czarnogóry czyli wysepki Sveti Stefan, na którą zwykły Janusz niestety nie ma wejścia (wszystkie domy/mieszkania wykupione są przez osoby prywatne – przyp. Be). Jest to kompleks hotelowy położony na wyspie. Miejsce to możecie zobaczyć na co drugim magnesie z tego cudownego kraju.

W ciągu tygodnia zrobiliśmy w Czarnogórze ok. 1100 km samochodem. Trasa mniej więcej wyglądała tak (nie licząc niespodziewanych objazdów/dojazdów):

Warto objechać ten kraj wzdłuż i wszerz. Szkoda by było przegapić tyle niesamowitych, zielonych, dzikich miejsc i skryć się jedynie na południu kraju.
Z biegiem czasu, utwierdzamy się, że Czarnogóra to nasze ‚zauroczenie od pierwszego wejrzenia’. Dni i miesiące mijają, a my coraz bardziej doceniamy i tęsknimy za pięknem, które tam spotkaliśmy.

Pe.

 


Dotarłeś na sam koniec - dalej już nic nie ma:)