American Hustle – recenzja

Początek roku jest dla mnie najlepszą porą w roku do nadrabiania filmowych zaległości. Zachęcają do tego nie tylko krótkie i deszczowe dni, dzięki którym większość wieczornych planów kończy się w domu, ale również coroczne nominacje do Oscarów, które motywują dystrybutorów do wypuszczania filmów, które prawdopodobnie w kinach by się nie pokazały, ale skoro jakiś film dostał ileśtamnaście nominacji Akademii, to i chętni na seans się znajdą.

Dzięki temu, możemy w kilka miesięcy po światowej premierze zobaczyć takie Wilka z Wall Street(reż. Martin Scorsese), który premierę miał ponad miesiąc temu, Her (reż. Spike Jonze), wchodzący do naszych kin z pięciomiesięcznym opóźnieniem,  12 Years a Slave (reż. Steve McQueen), który zadebiutował dokładnie 30 sierpnia, oraz American Hustle, który dzięki uprzejmości Kina Nowe Horyzonty miałem okazję obejrzeć w ostatnią niedzielę, czyli dokładnie dwa tygodnie przed Polską premierą.

Przyznam szczerze, że tego ostatniego nie mogłem doczekać się najbardziej, a wszystko za sprawą poniższego trailera:

Gangsterzy, piękne kobiety, Led Zeppelin w tle i już jest dobrze. Dodać do tego dziesięć nominacji Akademii Filmowej, trzy Złote Globy, oraz znaną obsadę i mamy sukces gwarantowany.

I tak też myślałem do momentu kiedy wyszedłem z sali kinowej.

Spodziewałem się filmu godnego Kasyna, czy Chłopców z Ferajny, czegoś co porywa historią, po czym człowiek nie może zasnąć przez kilka nocy, bo ciągle analizuje to co się działo na ekranie, a otrzymałem film nijaki, o którym niestety zapomniałem po upływie kilku godzin. No bo niby co miało przyciągnąć moją uwagę? Historia o tym, że pieniądze można zrobić tylko tanim przekrętem? Że najlepiej wychodzi się kantując wszystkich dookoła?

kadr z filmu/ materiały dysrtrybutora

kadr z filmu/ materiały dysrtrybutora

I nie mówię, że film był zły.
Wręcz przeciwnie – świetna rola Christian’a Bale (prawie tak dobra jak ta w Mechaniku), Luis CK w roli policjanta marudy, Jennifer Lawrence wylaszczona do granic możliwości sprawiają, że film ogląda się bardzo przyjemnie. Poza tym świetne kostiumy, muzyka wprowadzająca w klimat lat siedemdziesiątych, scenariusz (który nie był adaptowany, co w dzisiejszych czasach zasługuje na pochwałę) sprawiają że jest to całkiem ciekawa pozycja, jednak brakuje w niej takiej „kropki nad i”, czegoś co spoi historię w jedną zgrabną całość, dzięki czemu dwugodzinny film nie będzie nudził.

A może po prostu wystarczyłoby całość skrócić do 90 minut i nieco zagęścić akcję, bo zbyt dużo w niej nic nie znaczących wstawek? Może po prostu moje oczekiwania były zbyt wysokie? A może po prostu wystarczyło poczekać na wersję DVD?

Nie wiem.

Nie wiem też dlaczego film dostał dwa razy więcej nominacji do Oscarów niż Wilk z Wall Street, który pomimo dość podobnej historii, bije „Hustle” pod każdym względem – Jest dowcipny, wciągający, ciekawy i ma to coś, co odróżnia film dobry, od przeciętniaka jakim jest American Hustle.

moja ocena: 7/10


Dotarłeś na sam koniec? Cóż, niżej już nic nie ma ;)