10 najlepszych utworów klasyków rocka.

Wychowałem się w rodzinie, w której powszechnie nazywana „kultura”, czyli zamiłowanie do muzyki, filmu, czy książki zawsze stała na bardzo wysokim poziomie. Pomyślałem, że można to wykorzystać tworząc nowy cykl na blogu, w którym opisywać będę najlepsze piosenki, albumy, filmy, czy książki. Jest to temat praktycznie nie do wyczerpania, ponieważ uważam że w każdej kategorii czy dziedzinie znajdzie się co najmniej 10 perełek wartych uwagi.

Cykl nazywać się będzie „10 najlepszych…” i będzie pojawiał się raz w tygodniu, przy czym, nie będzie musiał to być akurat piątek.
Przy okazji, zachęcać też będę do nadsyłania Waszych propozycji i komentarzy, bo ciekaw jestem jak wyglądają preferencje  społeczności tego bloga, bo z dnia na dzień rozrasta się ona coraz bardziej (w ciągu ostatniego miesiąca urosła o 100% co pokazuje, że ostatnie zmiany były strzałem w dziesiątkę).

Cykl rozpocznę od dziesięciu najlepszych utworów klasyków rocka, bo pomimo mojego uwielbienia dla każdego rodzaju muzyki, to ten nurt był zawsze najbliższy mojemu sercu.

Kolejność jest dowolna, bo za każdym razem jak słucham któregoś z poniższych kawałków muszę rozkręcić wzmacniacz na full i MUSZĘ je przesłuchać do końca, aczkolwiek numer 1 jest dla mnie najważniejszy i kocham go najbardziej ze wszystkich.

1. Pink Floyd – Comfortably Numb.

Pink Floyd od zawsze było dla mnie wzorem muzyki rockowej. Moja miłość wzięła się prawdopodobnie z tego, że ich muzyka towarzyszyła mi od zawsze. I to dosłownie. Jeszcze jak byłem zarodkiem pływającym w brzuchu mojej rodzicielki, mój tata puszczał ich winyle tak aby muzycznie edukować przyszłe pokolenie Stasiunów. I tak piękne melodie, pomieszane z ciężkimi tekstami mówiącymi często o władzy,  czy życiu, od zawsze były najbliższe mojemu sercu. W zasadzie każdy utwór Floydów nadawałby się do zaprezentowania tutaj, jednakże w związku, że musiałem wybrać jedną piosenkę, mój wybór padł na utwór z płyty „The Wall”, która opowiada o totalitarnych zapędach głównego bohatera, oraz opowiada jego historię od narodzin, aż po śmierć. I jak większość ludzi zna piosenkę „Another Brick in the Wall p2” (to ta z młotkami w teledysku), to na mnie największe wrażenie zrobiła właśnie „Comfortably Numb”. Piosenka w której prowadzony dialog pomiędzy dwoma postaciami (tutaj świetny duet wokalny Gilmoura i Watersa), opowiadający o wewnętrznych rozterkach głównego bohatera, który wpada w tytułowe „przyjemne odrętwienie”. I jak sam tekst jest piękny, to melodia utworu, za każdym razem powala mnie na łopatki. Piękna linia melodyczna, oraz chyba najlepsze solo gitarowe wszech czasów sprawia, że utwór pozostaje na długo w głowie i powoduje, że słuchach faktycznie wpada w przyjemny letarg…

2. Deep Purple – Perfect Strangers.

Większość kojarzy Deep Purple ze „Smoke on the water”, czy „Child in time” i całkowicie to rozumiem. Przyznam szczerze, że jakoś nigdy nie byłem specjalnie wielkim fanem Purpli, bo jakoś nie do końca przemawiał do mnie wokal Ian’a Gillan’a, ani riffy Ritchego Blackmore’a, z jednym małym wyjątkiem. Perfect Strangers, pokochałem właśnie za riff, który jest praktycznie jednostajny przez całą piosenkę, jednak jest w nim coś co sprawia, że można by go słuchać w nieskończoność. Nie wiem do końca co to jest, ale kasetę z utworem katowałem przez bardzo długi czas.

3. Led Zeppelin – Immigrant Song.

Wielu uważa „Stairway to heaven” za najlepszy w dorobku Led Zeppelin. I jak kiedyś zgodziłbym się z tym stwierdzeniem i ten utwór wylądowałby na liście, to od czasu remake’u Dziewczyny z Tatuażem całkowicie zmieniłem swoje zdanie. Wszystko za sprawą Trenta Reznora, który robiąc cover „Immigrant song”, sprawił, że siedząc w kinie zastanawiałem się „skąd ja to znam”. Po seansie wszystko stało się jasne. Za sprawą google, dowiedziałem się, że to właśnie Led Zeppelin robiąc piosenkę o Skandynawskich Wikingach sprawił, że zapragnąłem odwiedzić kiedyś północne zakątki Europy, zwiedzając miejsca rządzone niegdyś przez bezwzględne hordy „barbażyńców”.

4. The Rolling Stones – Sympathy For the Devil.

Powiedzmy sobie szczerze. Chyba żadna inna piosenka w historii nie wzbudziła więcej kontrowersji od tej (no może poza Baby Biebera…). W sumie nie ma się co dziwić. Pierwszoosobowa narracja głównego bohatera nie pozostawia złudzeń, bo warto wspomnieć, że tym bohaterem jest … Lucyfer. Cóż, to musiało budzić kontrowersję w czasach, kiedy Szatan utożsamiany był z Charlesem Masonem i jego wesołą trupą. Jednak jest w niej coś szczerego. Nie jestem w stanie do końca stwierdzić co, ale do dzisiaj utwór pozostaje niesamowicie świeży i na czasie. No i do tego melodia… Połączenie samby i muzyki folkowej wydaje się być całkowicie nie-rockowe, jednak w połączeniu z tekstem mamy wybuchowy miks, którego można słuchać w nieskończoność.

5. AC/DC – Back in black.

Swoisty „tribute” Briana Johnsona dla poprzedniego wokalisty Bona Scotta, który umarł dławiąc się własnymi wymiocinami po spożyciu zbyt dużej ilości alkoholu. I tak słowa „I’m (AC/DC) back (czyli powrót i twierdzenie, że nadal będą działać) in Black (po śmierci Bona Scotta)” stały się swoistym spoiwem pomiędzy dwiema częściami historii zespołu, który pomimo zmiany wokalisty nie zniknął i stał się jednym z najbardziej rozpoznawanych zespołów w historii muzyki. No i nie ma chyba lepszej piosenki do samochodu…

6. Jimi Hendrix – Little Wing.

Ok. Muszę się przyznać, że pomimo tego, iż przez większą część mojego życia gram na gitarze i słucham muzyki gitarowej, to nigdy nie lubiłem Hendrixa. Jakoś nie trafiały do mnie jego „brudne” dźwięki, ale to wszystko wynikało z tego, że jedynym znanym mi  kawałkiem był „Hey Joe”, który bądźmy szczerzy, był słaby. Wszystko zmieniło się, kiedy podczas słuchania koncertu G3, w którym wraz z Satrianim i Vaiem zobaczyłem Erica Johnsona wykonującego właśnie „Little Wing”. Nie wyobrażacie sobie jakie było zdziwienie, kiedy odkryłem że jest to utwór właśnie Hendrixa. I wtedy zrozumiałem, dlaczego to właśnie Jimi uznawany jest za najlepszego gitarzystę w historii. Kawałki takie jak „Purple Haze”, „All Along the Watchtower”, czy właśnie „Little Wing” pokazują klasę muzyka. Od tamtej pory biję pokłony i raz na tydzień chłostam się za to, co myślałem kiedyś o Hendrixie.

7. Scorpions – Rock you like a hurricane.

Przyznać się, kto słyszał o innych utworach Scorpionsów niż „Wind of change”? Owszem znajdą się tacy, jednak pomimo tego, iż zespół wydał aż 24 płyty, to dla 90% społeczeństwa trupa z Hannoweru kojarzy się wyłącznie z „wind of change”. Wspomniany przeze mnie utwór sam w sobie był całkiem ok, ale najlepszego brzmienia nabrał dopiero w 2000 roku, kiedy zespół zdecydował się wydać płytę z orkiestrą symfoniczną, która nadała kawałkom niesamowicie „epickiego” wydźwięku.

8. Neil Young – Rockin’ In the free world.

Kolejny utwór odkryty przy okazji przesłuchiwania koncertu G3. W zasadzie nie mam co tutaj pisać. Neil Young Stworzył piosenkę która stała się hymnem wszystkich rockmanów świata. No i ten tekst:

„There’s colors on the street
Red, white and blue
People shufflin’ their feet
People sleepin’ in their shoes
But there’s a warnin’ sign
on the road ahead
There’s a lot of people sayin’
we’d be better off dead
Don’t feel like Satan,
but I am to them
So I try to forget it,
any way I can.”

Nie można przejść obok tego obojętnie.

9. The Beatles – Come Together


Zespół których może poszczycić się największą ilością fanów na świecie. Dziesiątki piosenek znajdujących się na topowych listach przebojów przez długie lata, miliony sprzedanych płyt. Tak, to musi być the Beatles. I jak czwórka z Liverpoolu ma na koncie dziesiątki znakomitych piosenek, tak moją ukochaną jest „Come Togheter„. Może chodzi o jej prostotę, może o melodię, albo rytm. Nie mam pojęcia. Ma w sobie po prostu to coś, kropka.

10. Queen – Bohemian Rhapsody.

Tutaj nie ma się co rozpisywać.

Po prostu Queen.

Po prostu idealne zwieńczenie tej listy.


Dotarłeś na sam koniec - dalej już nic nie ma:)